środa, 23 lutego 2011

Pszenny chleb mleczny

 Tym razem upiekłam coś prostszego, ale równie smacznego jak chleby ciemne. Pszenny chleb mleczny nie wymaga dużo pracy ani cierpliwości. Dobrze smakuje też na drugi dzień.

Przepis na bochenek około 25 cm:
na podstawie przepisu Dana Leparda
czas przygotowania 15 minut
czas czekania 70 minut
czas pieczenia 40-45 minut

1 łyżeczka suszonych drożdży
350 ml mleka
1 łyżka syropu z agawy lub miodu
350 gram mąki pszennej typ 550
130 gram mąki pszennej pełnoziarnistej
1,25 łyżeczki soli
2 łyżki roztopionego masła

Do dużej miski wlej podgrzane lekko mleko, dodaj do niego syrop i drożdże. Wymieszaj. Dodaj mąki i sól i dokładnie wymieszaj (najlepiej mikserem ze spiralnymi końcówkami przez około 5 minut). Dodaj masło i ponownie wymieszaj. Przykryj ściereczką i odstaw na 10 minut. "Zbij" ciasto. Przełóż do wysmarowanej oliwą formy i odstaw do wyrastania na około 60 minut. 
Nagrzej piekarnik do 210'C. Wierzch chleba posmaruj mlekiem albo śmietanką. Wstaw do piekarnika. Po 15 minutach zmniejsz temperaturę piekarnika do 175'C. Dopiekaj przez 25-30 minut. Po upieczeniu wystudź trochę w foremce (5 minut), następnie wyjmij z foremki i dostudź na kratce kuchennej.
Smacznego!

wtorek, 22 lutego 2011

Naleśniki z waniliowym twarożkiem

Lubię zajmować się wszystkim byle nie pisać mojej pracy magisterskiej. Czasami czuję jakby wszystko było ważniejsze, wybieram najtrudniejsze przepisy na ciasta, ciasteczka, dania główne. Ale są też dni, gdy nie chcę spędzać w kuchni dłużej niż pół godziny. I wówczas czasami wybór pada na naleśniki. Uwielbiam naleśniki. W każdej postaci, z serkiem albo konfiturą. Lubię naleśniki słodkie i wytrawne. Słodkie lepiej pasują jako deser, a wytrawne, na które ciasto robię z mąki gryczanej świetne są na obiad. Mój Towarzysz Życia zawsze cieszy się, gdy je smażę.

Przepis na 6 naleśników:
czas przygotowania 15 minut
czas gotowania 15 minut

1 szklanka mąki (170 gram)
3/4 szklanki mleka (185 ml )
1/4 szklanki wody gazowanej (65 ml)
2 jajka
2 łyżki cukru pudru
2 łyżki roztopionego masła
szczypta soli
olej do smażenia

250 gram sera
1 łyżeczka esencji waniliowej
1 żółtko
2 łyżki cukru pudru

W szklanej misce wymieszaj mąkę, sól i cukier puder. Dodaj mleko, wodę, jajka i masło. Miksuj przez chwilę. Na patelni rozgrzej trochę oleju. Smaż naleśniki aż będą zrumienione z obydwu stron.

W malakserze umieść ser, esencję waniliową, żółtko i cukier puder. Zmiksuj.

Usmażone naleśniki smaruj serkiem, a następnie zwijaj w rulony. Podawaj ciepłe z dżemem lub bitą śmietaną.
Smacznego!

poniedziałek, 21 lutego 2011

Tosty francuskie

Pisałam wczoraj o brioche, którą upiekłam. Kawałek został w domu na weekend, który spędziłam w Poznaniu i niestety zdarzyło jej się trochę obeschnąć. Ponieważ nie lubię wyrzucać jedzenia postanowiłam przygotować bardzo proste tosty francuskie wykonane z lekko czerstwej domowej brioche.

Przepis na 2 osoby:
czas przygotowania 5 minut
czas gotowania 5 minut

4-5 kromek czerstwej brioche (lub chałki) o grubości około 15mm
kubek mleka
2 roztrzepane jajka
2 łyżki cukru pudru
szczypta cynamonu
łyżka oleju o neutralnym zapachu

Dodatki do podania:
serek waniliowy
konfitury

Do miski wrzuć roztrzepane jajka, dolej mleko, dodaj cukier puder i cynamon. Dokładnie wymieszaj, możesz to zrobić trzepaczką, rózgą albo widelcem. 

Na patelni rozgrzej olej. Mocz kromki brioche w roztworze mleka i jajek, a następnie kładź na rozgrzaną patelnię. Smaż po 2 minuty z każdej strony na średnim ogniu.

Podawaj z serkiem i konfiturami.
Smacznego!

niedziela, 20 lutego 2011

Maślane brioche


 Lubię francuskie słodkie bułki. Świetnie pasują do domowej produkcji konfitur i dżemów. Chętnie jemy je na śniadanie. A gdy się trochę zestarzeją można przygotować z nich tosty francuskie.

Przepis na brioche:
na bazie przepisu na Apricot Brioche z magazynu Good Food, Październik 2005
czas przygotowywania 40 minut
czas pieczenia 30 minut
czas czekania 12-15 godzin

375 gram białej mąki pszennej (ja użyłam typ 550)
50 gram białego cukru
7 gram suszonych drożdży (użyłam drożdży firmy Cykoria)
2 łyżeczki soli
100 ml ciepłego mleka
3 całe jajka + 1 roztrzepane
175 gram miękkiego, niesolonego masła

W dużej misce połącz ze sobą mąkę, cukier, drożdże i sól. Dosyć dokładnie wymieszaj. Ciągle mieszając dodawaj powoli mleko i jajka. Miksuj mikserem ze spiralnymi końcówkami przez 3-5 minut. Dodaj masło i miksuj mikserem przez kolejne 5 minut. Przełóż do wysmarowanego olejem naczynia, przykryj i wstaw do lodówki na całą noc.

Wysmaruj tłuszczem formę o wymiarach mniej więcej 35x8 cm. Podziel powstałe ciasto na 14-18 równych części (parzyście) i uformuj z nich kulki. Układaj je w formie. Przykryj ściereczką i odstaw na 3 godziny do wyrastania.

Nagrzej piekarnik do 200'C bez termoobiegu. Roztrzep jajko w miseczce i posmaruj nim po wierzchu brioche. Wstaw do piekarnika. Piecz 25 minut. Mniej więcej w połowie tego czasu nakryj brioche kawałkiem folii aluminiowej. Przestudź brioche w formie przez około 10-15 minut, a następnie wyłóż na kratkę kuchenną. Krój gdy całkiem wystygnie.
Smacznego!


Maraton kulinarno-drinkowy w Poznaniu

Pojechaliśmy z moim Towarzyszem Życia na kawę do Poznania.
Na jedną noc wynajęliśmy pokój w Rezydencji Solei na ulicy Szewskiej. Do zanocowania w tym konkretnym miejscu zachęciły nas bardzo pozytywne opinie w internecie o standardzie pokoi i jakości śniadania oraz lokalizacja, która właściwie nie mogłaby być lepsza - starówka. Ale jak to w życiu bywa, rzeczywistość nie była tak różowa. Rezydencja rzeczywiście ulokowana jest na Starym Mieście, udało nam się nawet zaparkować. Szoku doznaliśmy dopiero w samym miejscu naszego noclegu. By dostać się do środka trzeba dzwonić domofonem, a następnie wspiąć się po dosyć stromych schodach. Pokój, który miał być przestronny i dla dwóch osób, niestety okazał się być dosyć ciasną klitką, przeznaczoną w domyśle dla jednej osoby. Dostęp do łóżka był tylko z jednej strony, co było dosyć załamujące. Gdy w niedzielę rano udaliśmy się na śniadanie przywitało nas kilka półmisków z obeschniętym serem i wędliną, a także kilkudniowym pomidorkiem. Herbata smakowała jak pomyje, a kawa była niedoparzona.

W sobotę po przyjeździe udaliśmy się na pierwszy posiłek do Tapas Baru na ulicy Wrocławskiej. Wystrój tej hiszpańskiej restauracji był przyjemny, a z racji niewielkiej liczby gości byliśmy dobrze obsłużeni przez kelnera. Ja zamówiłam Tagliatelle w sosie śmietanowym z łososiem, a do picia Caipirinhę, mój  Towarzysz Życia zamówił Pinchitos z kurczaka, wołowiny i wieprzowiny, a do picia piwo (wybór miał spomiędzy Lecha i Żywca, gdyż kelner nie wspomniał, że posiadają także Millera). Na dania czekaliśmy około 7-10 minut, co niestety świadczy o tym, że potrawy nie są świeżo przygotowywane. Moja Caipirinha wyglądała dobrze, ale przez słabo zgniecioną limonkę smaki słabo się przegryzły, w wyniku czego dosyć mocno czuć było Cachacę.

Zupełnie inaczej miała się sprawa z Tagliatelle. Karta nie wspominała, że danie zawiera kapary, których za bardzo nie lubię. Zamiast parmezanu makaron dostałam z 3 cząstkami cytryny do skropienia, co mnie nieco zaskoczyło. W smaku sos był niezły. Niestety makaron był nieco zbyt miękki, a łosoś niedoprawiony. Zdecydowanie lepsze tagliatelle z łososiem jadłam kiedyś w Warszawie, przy ulicy Kamionkowskiej w Cafe Pasta (obecnie Pasta Nova).
Pinchitos, które miało składać się z kawałków grillowanego mięsa, składało się z mięsa, które nie miało żadnych śladów grillowania. Towarzysz Życia stwierdził, że było smaczne. Hiszpanie siedzący przy sąsiednim stoliku, jedzący to samo danie nie byli z niego zadowoleni, co pozwala mi przypuszczać, że Pinchitos nie było przygotowane jak trzeba.

Następnie udaliśmy się do Starego Browaru na kawę.

Ominęliśmy Piano Bar, pusty o tej porze, z kosmicznymi cenami, a także sieciówkę Starbucks, bo ich kawa jest wszędzie podobna. Chcieliśmy iść do Cafe Art, ale niestety nie mieli latte z syropem migdałowym, na którą miałam ochotę. W końcu wylądowaliśmy w empik cafe, gdzie obydwoje wzięliśmy latte z syropem. Kawa była w porządku, w amerykańskim stylu. Przemiła pani na moje życzenie wlała mi pół porcji syropu, bo nie chciałam się zasłodzić.


Wieczorem ruszyliśmy na podbój pubów. Zaczęliśmy od Wrocławskiej. Mimo zakazu palenia w Kultowa od wejścia siekiera była taka, że postanowiliśmy nie wchodzić. Wylądowaliśmy w Proletaryacie, wystrojem składającym hołd poprzedniej epoce. Mój Towarzysz Życia wziął piwo "Proletaryat", które okazało się być Noteckim. Ja gin z tonikiem, niestety ciepły, bez lodu, z nieschłodzonym tonikiem, co uczyniło go niemalże niepijalnym, ale dla dobra sprawy go wypiłam.


Następnie przenieśliśmy się do Kuźni Rock Pub na ulicy Koziej. Miejsce przyjemne, w piwnicy. Zasiedliśmy przy barze. D. zamówił gin z tonikiem i otrzymał 40ml ginu na kostkach lodu, dopełnione tonikiem. Ja poprosiłam o Absolut Pears, koktajl na bazie wódki gruszkowej Absolut, z dodatkiem limonki, syropu melonowego i soku z antonówki. Otrzymałam Mohito, czyli drink na bazie białego rumu, mięty, cukru brązowego i limonki. Mohito było dobre, ale ja zamówiłam Absolut Pears. Chwilę później klient zamawiał drink na bazie innej wódki absolut i również otrzymał Mohito, co pozwala mi przypuszczać, że Pani barmanka nie potrafiła zrobić innego drinka poza Mohito, ale doszła w tym do perfekcji.

Po kilku drinkach postanowiliśmy coś zjeść. Na początek wstąpiliśmy do baru szybkiej obsługi serwującego belgijskie frytki - Bel Frit na ulicy Wrocławskiej. Niestety z dań bezmięsnych dostępne były jedynie krążki cebulowe i frytki. Z tego powodu zrezygnowaliśmy i udaliśmy się w poszukiwaniu restauracji, która serwuje więcej niż jedno danie bezmięsne. Wybraliśmy indonezyjską restaurację Warung Bali przy ulicy Żydowskiej. Wnętrze tej restauracji może trochę odstraszyć, gdyż jest połączeniem eleganckiej restauracji etnicznej oraz taniego chińskiego baru z nieistniejącego już Stadionu Dziesięciolecia.


Ja zamówiłam Margheritę, Nasi Vegetarian oraz herbatę Melati Pram Banan, D. zamówił tajskie piwo Singha, kawę Luwak oraz Nasi Campur Bali. Jedzenie, które otrzymaliśmy było bardzo smaczne. Moje danie zawierało tofu, tempeh, orzechy i było pełne aromatycznych przypraw. Danie mojego Towarzysza, pozwoliło mu odkryć nowe smaki. Obydwoje byliśmy zadowoleni z zamówionego jedzenia.


Nieco inaczej sprawa miała się z napojami. Wprawdzie kawa i piwo były dobre, ale zamówione przeze mnie napoje mogłyby być lepsze. Margherita, którą zamówiłam była podana przepięknie, za to potwornie słona, obawiam się, że zamiast szczypty soli wsypano jej łyżeczkę. W związku z tym wypiłam pół piwa, które zamówił D.


Do dzbanuszka z herbatą nie włożono żadnego sitka, lecz po prostu wsypano liście herbaty i zalano wodą. Przez co się ona przeparzyła i nie była dobra. A tak bardzo chciałam jej spróbować, ale mówi się trudno.

Po jedzeniu udaliśmy się do Cafe Sekret na ulicy Sierocej, na jednego drinka. Wnętrze tego przybytku było sympatyczne, jednak nieco pstrokate. D. zamówił gin z tonikiem, a ja Mohito. Otrzymany gin był ok. Niestety Mohito było paskudne. Podane z suszoną miętą (taką, z której robi się herbatę miętową), cytryną oraz białym cukrem. W smaku nie było wyczuwalnego aromatu rumu, więc podejrzewam, że przygotowano je na wódce. Na koniec Pani spytała czy smakowało, co bardzo rozbawiło mojego Towarzysza.


Wieczór zakończyliśmy w Kuźni, o której napisałam już powyżej, gdyż lecąca muzyka oraz niezłe giny z tonikiem zachęciły nas wystarczająco.


Niedzielny poranek rozpoczęliśmy od opisywanego już wcześniej śniadania, po którym poszliśmy na spacer. Ponieważ pogoda nie zachęcała do długich przechadzek udaliśmy się do Werandy na Świętosławskiej.  Wystrój był przeuroczy, zachęcał do pozostania w lokalu na dłużej, a roztaczający się zapach przywoływał wspomnienia dzieciństwa. Ja zamówiłam herbatę goździkową i sernik, a D. czekoladę piernikową i również sernik. Herbata, którą dostałam była przepyszna, z kawałkiem pomarańczy, melisą, w miodzie pływały kawałki skórki pomarańczowej i goździki. Całość była niesamowicie aromatyczna. Czekolada piernikowa została podana z bitą śmietaną, syropem piernikowym i dwoma ciasteczkami. Była gęsta i pyszna. Sernik, który zamówiliśmy był domowej roboty, podany z płatkami migdałowymi, orzechami laskowymi i sosem czekoladowym. W smaku bardzo dobry, nie za słodki. Szkoda jedynie, że Pani nas nie ostrzegła, że sernik ma przynajmniej 300gram i jest w zasadzie porcją dwuosobową.

Na obiad udaliśmy się do Sorelli na Ślusarskiej. Wnętrze tej pizzerii jest bardzo przeciętne, właściwie nic specjalnego. Ja zamówiłam małą pizzę z pieczarkami, mozzarellą i sosem pomidorowym oraz grzane wino, a D. Calzone oraz pepsi. Moja mała pizza okazała się być bardzo mała. Ciasto nie było chrupiące, raczej podobne do cienkiego ciasta z Pizzy Hut. Reakcja mojego Towarzysza brzmiała "słabe", w związku z tym mogę przypuszczać, że nie był zachwycony otrzymanym daniem.


Przed wyjazdem sprawdzałam, gdzie można napić się w Poznaniu dobrej kawy. Znalazłam forum www.caffeprego.pl, którego użytkownicy stwierdzili, że nie da się w Poznaniu wypić dobrej kawy. A szkoda, bo Stare Miasto jest piękne i zachęca do przyjazdu.

niedziela, 13 lutego 2011

Sos teriyaki

Prosty przepis na sos teriyaki, który często jest używany w kuchni japońskiej zarówno do potraw grillowanych, jak i do smażonych czy pieczonych w piekarniku.

50 ml sosu sojowego
50 ml sosu teriyaki z butelki (np kikkoman)
3 łyżki brązowego cukru
2 łyżki oleju sezamowego
1 ząbek czosnku, przeciśnięty przez praskę
1 łyżka startego świeżego imbiru

Wymieszaj dokładnie wszystkie składniki. Gotowy sos możesz przechowywać przez 2-3 dni w szczelnym pojemniku w lodówce.

Tuńczyk w sezamie z warzywami teriyaki

Obejrzałam z moim Towarzyszem Życia "Sforę". Muszę przyznać, że jak na polską produkcję, to jest to serial naprawdę przyzwoity i ciekawy. O dziwo, nie występuje tam żaden aktor, którego przerasta rola, której clue jest włączenie światła, co zazwyczaj było domeną polskich produkcji ostatnich lat. Zaskoczeniem był też dla mnie fakt, że wątki zgrabnie się przeplatały i akcja nie była przewidywalna.

Ale nie o tym miała być mowa. Dziś na obiad przygotowałam steki z tuńczyka (czasami świeże można dostać w makro) w sezamie z warzywami teriyaki.

Przepis na 2 porcje:
czas przygotowania 10 minut
czas gotowania 15 minut

2 steki z tuńczyka
2 łyżki białego sezamu
2 łyżki czarnego sezamu
1/2 żółtej papryki, pokrojona w paski
1 marchewka, pokrojona w słupki
1 mała cebula, pokrojona w półplasterki
1 mała kapusta bok-choy pokrojona w paski
200 gram czerwonej kapusty, pokrojonej w paski
100 ml sosu teriyaki (przepis tutaj)
słodki sos chili
1 łyżka oleju sezamowego
sól, pieprz

Tuńczyka umyj i osusz dokładnie. Posól i popieprz. Obtocz w sezamie. Smaż na rozgrzanej patelni przez 4 minuty z każdej strony. 
W woku rozgrzej olej sezamowy, wrzuć wszystkie warzywa. Po minucie wlej sos teriyaki. Smaż ciągle mieszając przez 2-3 minuty aż będą chrupiące.
Na talerzu ułóż stek z tuńczyka oraz połowę warzyw. Skrop słodkim sosem chili. 
Smacznego!

sobota, 12 lutego 2011

Waniliowy krem serowy na migdałowym spodzie

Po pewnym czasie od zjedzenia obiadu zachciało mi się czegoś słodkiego. Przygotowałam w związku z tym najprostszy, słodki deser z nutą sernikową. To coś dla osób, które lubią słodycz.

Przepis na 2 porcje:
czas przygotowania 10 minut

100 gram lekkiego serka twarogowego (np mascarpone, philadelphia)
1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
1 łyżeczka cukru pudru
30 gram pokruszonych migdałów
2 łyżki masła
6 herbatników, drobno pokruszonych
2 łyżeczki dżemu z mirabelek albo pomarańczy
1 kostka czekolady, posiekana

Na patelni upraż migdały, dodaj do nich masło. Zdejmij z ognia. Wymieszaj i dodaj herbatniki.
W misce wymieszaj serek, ekstrakt waniliowy i cukier puder. 
Połowę masy herbatnikowej ułóż na dnie szklanki. Ugnieć. Na niej umieść 1 łyżeczkę dżemu. A na wierzchu umieść połowę serka. Posyp pokrojoną czekoladą. 
Smacznego!

czwartek, 10 lutego 2011

Zapiekanka filo ze szpinakiem

Pierwotnie miałam zamiar zrobić typową tartę ze szpinakiem, ale zamiast tego wykorzystałam ciasto filo, które miałam w lodówce i upiekłam zapiekankę ze szpinakiem. Dla każdego jedzącego przygotowałam danie osobno, bo w trakcie krojenia filo lubi się kruszyć. 

Przepis na 2 porcje:
czas przygotowania 30 minut
czas pieczenia 30 minut

250 gram szpinaku
150 gram tłustego sera
2 ząbki czosnku, drobno posiekane
1/2 łyżeczki suszonego rozmarynu
szczypta gałki muszkatołowej
1 mała cebula, posiekana
1 jajko
oliwa z oliwek
5-6 łyżek roztopionego masła
12 kwadratowych płatów filo (ja pokroiłam na mniejsze 3 duże płaty filo)
Rozgrzej piekarnik do 170'C bez termoobiegu. 
Szpinak przelej wrzątkiem. W dużym garnku rozgrzej łyżkę oliwy z oliwek, wrzuć cebulę, po minucie wrzuć szpinak, czosnek, rozmaryn, gałkę muszkatołową, sól i pieprz. Podduś na małym ogniu przez 2-3 minuty. Zdejmij z ognia i jajko. Dokładnie wymieszaj. Dodaj tłusty ser i ponownie wymieszaj.
Żaroodporne naczynie posmaruj oliwą. Ułóż pierwszy płat filo, posmaruj masłem, na to drugi płat, posmaruj masłem i trzeci płat i ponownie posmaruj masłem. Na warstwie z ciast filo ułóż połowę masy szpinakowej. Na wierzch ułóż ciasto filo, posmaruj masłem i kolejne 2 warstwy ciasta filo posmarowanego masłem. Ostatni płat koniecznie natłuść dokładnie. W ten sam sposób przygotuj pozostałą porcję. 
Gdy wszystkie porcje będą gotowe wstaw je do piekarnika i piecz około 30 minut, aż wierzch będzie złoty.
Smacznego!